Pulsometr – jeszcze dwa słowa „za”

 

Odbyłem już wiele dyskusji z osobami uważającymi pulsometry za kompletnie niepotrzebne. I żadnej z nich nie przekonałem ani trochę do chociażby spróbowania. Ale ponieważ ja sam właściwie nie wyobrażam sobie zabawy bez tego gadżetu (podkreślam celowe użycie słów „zabawa” i „gadżet”), a blog przedstawia moje osobiste i subiektywne opinie, to nie widzę powodu, aby się nie podzielić nimi również w tym temacie.

I chociaż sam obecnie używam modelu tego samego, którego nasza słynna biegaczka w tej galerii http://www.foto.podhale.pl/index_news.php?galeria=539 , a więc w zasadzie bardzo profesjonalnego, to na wstępie polecam zakup dowolnego modelu dowolnej firmy, ale z głową. Niech to nie będzie wydatek, a inwestycja. Forsa nam się raczej nie zwróci, ale za parę czy paręnaście stówek możemy mieć niezły fun również po zakończeniu wycieczki. Tak, podkreślam wycieczki, bo choć stosuję profesjonalny „komputer treningowy” jak go nazywa producent, to wykorzystuję spore jego funkcji w obszarach dalekich od zawodowego sportu.

Jeśli kto nie wie co to pulsometr, to proste wyjaśnienie: zegarek który podpięty do specjalnego paska założonego na klatkę piersiową (są modele odczytujące z nadgarstka, ale polecam jednak z nadajnikiem piersiowym) pokazuje nam aktualne tętno. Po co i na co? Odsyłam do http://www.turtv.pl/?p=44 mojej minilekcji fizjologii na tym blogu. Dzisiaj skupiamy się na technicznej stronie zabawek pod tytułem pulsometr.

Najprostsze urządzenie, które pokaże nam aktualną częstotliwość pracy serca kupimy już za dziesiątki złotówek. Oczywiście na pokładzie będzie zegarek, stoper i kilka innych podstawowych usług. Dodatkowe pieniądze płacimy za ekstra funkcje, a tych w pulsometrach nie brakuje. Najfajniejszą (i niestety drogą) jest GPS. Nic mnie tak nie cieszy w moim pulsometrze jak fakt, że nie muszę marnować baterii w telefonie na zapisywanie w Stravach, Endomondach itp. A zawsze mogę do tych stron wyeksportować swoje dokonania. Zbytkiem luksusu jest niezależne od zegarka urządzenie GPS zewnętrzne, które po padnięciu akumulatora nie zakłóca (oczywiście poza brakiem zapisu trasy) pracy innych funkcji urządzenia. A że mam do niego zewnętrzne zasilanie to… ale sprawy elektryczne to temat na inny wpis. Inny czujnik, prędkościomierz do roweru sprawia, że mój pulsometr zastępuje mi licznik kolarski.

Co jeszcze można mieć w pulsometrze? Nawigację z mapami, czujnik kadencji a nawet mocy podawanej na pedały. Osoby, które oprócz roweru biegają, docenią krokomierz, a triathloniści rozpoznawanie stylów pływackich i licznik nawrotów na basenie (mój model tego nie ma, a w pływaniu na basenie najgorsze jest właśnie liczenie dystansu). Nie bez znaczenia dla osób, które chcą świadomie podnosić swoje osiągi będą plany treningowe dostępne na stronach poważniejszych producentów sprzętu. Są one opracowane przez wybitnych specjalistów i synchronizowane na linii komputer – zegarek, a chociaż prawdziwy sportowiec powinien mieć swojego trenera, to te „internetowe” plany są przynajmniej częściowo dostosowane do twoich predyspozycji określonej przez autodiagnostykę dostępną w wielu modelach. Dobry pulsometr sam Ci przypomni kiedy i ile masz dziś przejechać – przebiec. Turysta rowerowy ma to raczej gdzieś (przynajmniej ja), ale kiedy próbowałem powalczyć z czasem na maratonie – żeby skrócić czas męczarni – program się przydał. Naprawdę.

Po co to wszystko? W zasadzie jeśli czytasz te słowa, to pewnie dlatego, że lubisz poznać opinie innych, a i sam dzielisz się swoimi zapytany (serdecznie zapraszam do komentowania wszystkich artykułów na tym blogu!). A żeby się podzielić, warto wiedzieć czym. Czyli mieć mapę, mieć jakieś zapiski z treningów, cokolwiek. Pamięć ludzka jest zawodna, a opinie się zmieniają. Ja na przykład jestem bardzo zadowolony, że mimowolnie zanotowało mi się w chmurze wiele moich wycieczek, do których jestem w stanie teraz pod wieloma aspektami wrócić. Dzięki ci, pulsometrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.