Za długa trasa? Zmień… podejście

 

– Rowerem do pracy z Nowego Targu do Zakopanego? Zwariowałeś chyba!? Albo: – Początkowo jeździłem tylko pięć kilometrów dziennie, a teraz potrafię przejechać nawet piętnaście! – To pierwsze słyszę często od znajomych, to drugie kumpel sprzedał mi kiedyś jako cytat wspólnego kolegi, który zaczynał swoją przygodę z rowerem jako niezbyt szczupły miś. I o ile moje jazdy do pracy wciąż budzą niezasłużony podziw otoczenia, o tyle wspomniany kolega znaczeni schudł i nabrał kondycji, stąd 15 km nie robi na nim wrażenia. A dlaczego w ogóle kilometry tak nas przerażają?

Na wstępie długawa dygresja, ale obiecuję że warto przebrnąć: Ponieważ nieumyślnie, ale jednak długo odkładałem w czasie założenie rodziny, a tuż po spóźnionych studiach w wieku ok. 30 lat udało mi się rozwinąć Foto.Podhale.pl na tyle, że przynosiło bardzo przyzwoite zyski nawet po odprowadzeniu ZUS i podatków, miałem sporo czasu dla siebie, co pozwalało dowolnie zmieniać trasy wycieczek nawet w ich trakcie. To właśnie wtedy zrozumiałem, że zazwyczaj ogranicza nas głowa, a nie nogi. Nie musiałem dotrzeć do domu na 18:00, żeby ogarnąć siebie i dzieci abyśmy wszyscy zdążyli nazajutrz do pracy i szkoły. Mogłem sobie pozwolić na powrót do domu w porze, o której inni byli już w pracy, bo w zasadzie to górskie wycieczki i zdjęcia z nich też były elementem prowadzenia firmy. Eliminując z turystyki pośpiech, wszystko zaczynało wyglądać inaczej. Łaziłem wzdłuż Gorców dniem i nocą. Potrafiłem iść, zdrzemnąć się gdzieś na chwilę kiedy się zmęczyłem i iść dalej. Powiedzenie „turysta pieszy nigdy się nie śpieszy” nabrało realnego kształtu.

Skąd ten cały długi akapit nudnawej dygresji? Bo nie ma odpornych bokserów, są tylko źle trafieni, nie ma zdrowych pacjentów, tylko są źle zbadani, nie ma brzydkich kobiet, są tylko źle oświetlone, a nie ma zbyt długich dystansów, są tylko zbyt szybko przejechane. Szybko, szybko, szybko. Wszędzie ta prędkość. Nawet pulsometry ustawiamy na tempo, chociaż dużo bardziej sensownie jest ustawić je na tętno. Ale ponieważ się śpieszymy, to ważniejszy jest czas do mety, a nie do pierwszej przymusowej wizyty u kardiologa, który Wam ten pulsometr przestawi jednak na tętno. Kilka razy już wspominałem, że swego czasu biegałem w maratonach. Trochę uległem ówczesnej modzie, trochę chciałem spróbować czegoś nowego. Wcześniej głównie chodziłem turystycznie po górach. Ale patrząc na limity tych maratonów stwierdziłem, że no to co – w 6 godzin to ja te 42 km jakoś przeturlam. I udało się 5 razy!

Ale i tak była to męczarnia. Dlatego kiedy u podstaw mojej obecnej filozofii jazdy turystycznej miałem do przejechania ok. 100 km Do Kalwarii Zebrzydowskiej z pielgrzymką, nad którą Foto.Podhale.pl objęło patronat medialny http://www.foto.podhale.pl/index_news.php?galeria=1105, byłem lekko przerażony. To przecież były ponad dwa maratony pod rząd i nie przyswajałem do głowy że to na rowerze. Okazało się że w towarzystwie starszych (aczkolwiek bardzo rześkich!) panów, stówka minęła niczym wieczór przy piwie. I to samo nazajutrz z powrotem.

Wkrótce potem okazało się, że jeżeli wyłączyć sobie w głowie timer określający czas, w jakim muszę dotrzeć do mety, sprawa staje się prosta: dystans nie ma znaczenia. Ja osobiście jadąc z pełnym ładunkiem, czyli 35-45 kg nie widzę dla siebie szans jazdy szybciej niż średnio 17 km/h. To znaczy mógłbym, tylko po co? Szkoda zdrowia! Oczywiście należy się liczyć z pełnymi konsekwencjami długiej jazdy długim dystansem: czasem trzeba przenocować w namiocie (Pacanów 2015), czasem zapłacić za hotel (Szczucin 2017), czasem zdrzemnąć się na rowerze (Maków Podhalański 2017 – tu przeginam, wiem że do tej pory tylko jeden właściciel trajka zajrzał na tego bloga, a na dwukółce jest to niewykonalne, ale ja już na swoim spałem), czasem nawet na przystanku autobusowym (Łęczna 2015), a zdarzy się też, że trzeba będzie całą noc przepedałować (Kalwaria 2017). Ale nie ma takiego pojęcia jak zbyt długa trasa. Po prostu to my chcielibyśmy jej poświęcić zbyt mało czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.