Wiślana Trasa Rowerowa – test beta

1705185161

 

Do tej pory byłem nieskromnie przekonany, że nasz Historyczno – Kulturowo – Przyrodniczy Szlak wokół Tatr to atrakcja rowerowa bez szans na stworzenie czegoś choćby w połowie tak super ekstra i w ogóle. Jakże się myliłem. W Małopolsce powstaje właśnie Wiślana Trasa Rowerowa i jest ona niczym Gwiazda Śmierci w „Gwiezdnych Wojnach – Nowej Nadziei” – chociaż jeszcze w budowie, to już w pełni funkcjonalna bojowo. Pokonaliśmy się wzajemnie – ja ją rowerem, ona mnie wrażeniami.

Teoretycznie jest to 239 km trasy, w większości asfaltem, w małej części szuterkiem – nic czego nie dałoby się pokonać moim trójkołowcem. W praktyce trzeba jednak liczyć ok 250 km z racji zamkniętego na dzień 19 maja 2017 r. promu w Siedliszowicach. Trasa w sam raz na dwa dni. Pewnie i da się śmignąć to w jeden, ale nie warto. Jechanie tą trasą z prędkością 30 km/h to jak picie Don Perignona duszkiem z butelki – jak najbardziej możliwe, ale kompletnie bez sensu. Dlaczego? Ponieważ trasa jest prze- prze- przepiękna. Nawet dla człowieka, który wychodzi przed klatkę swojego bloku i widzi z jednej strony Turbacz, z drugiej Giewont (no dobra, niedawno zabudowali mi Tatry nowym blokiem, ale umówmy się że widoki w Nowym Targu mamy i tak gigant). Dwa dni obcowania z przyrodą, dwa dni z Królową Polskich Rzek. Dla miłośnika przyrody i rowerów – raj. Jeśli dodać do tego pogodę jak żyleta, która towarzyszyła mi przez obydwa dni, to niczego innego nie można sobie wymarzyć.

DCIM101GOPRO

U początku/końca trasy

Z logistycznych przyczyn wybrałem pokonanie tej trasy w odwrotną stronę. Nie sądzę jednak aby w jakikolwiek zakłóciło to moje wrażenia, a w efekcie niniejszy przekaz. Zacząłem w Szczucinie, niewielkiej miejscowości położonej na północ od Tarnowa. Noc spędziłem w bardzo przyjaznym rowerzystom hotelu Sovrana, gdzie za przystępną cenę 50 zł wyspałem się przez noc, z rowerem pozostawionym za zgodą obsługi w niezbyt szerokim holu. Pani w restauracji, która obsługiwała również recepcję powiedziała, że w zasadzie to mogę sobie wynieść rower do pokoju. Cóż, chciała być miła, a wyszło trochę śmiesznie, bo tą moją półciężarówką poobijałbym ściany na klatce schodowej. W grę wchodziło oczywiście garażowanie w jednym z pomieszczeń gospodarczych, ale pani spodziewała się, że będę chciał wyjechać dość wcześnie rano. Tak więc ostatecznie trójkołowiec nocował sobie w holu dostępnym tylko dla gości hotelowych (otwierany na karty magnetyczne), a więc wystarczająco bezpiecznie. Rano jeszcze tylko uzupełnienie zapasu wody w miejscowym sklepie (to ważne! Nie radzę jeździć po WTR bez odpowiedniej rezerwy płynów) i w drogę.

Trasa zaczyna się, i zresztą kończy, bardzo niepozornie. Przy samym moście na Wiśle jest zjazd na lewo, pomarańczowy znak rowerowy i niewielka tablica informująca o współfinansowaniu przez Unię. Pierwsze kilometry i już wiadomo o co chodzi – z prawej, co oczywiste, Wisła i jej okolice, z drugiej… niby cywilizacja, ale to ta Polska bardziej znana z lektur szkolnych (no wiadomo, budownictwo bardziej nowoczesne) i ciężko mówić że to cywilizacja. Zresztą spora część to taki krajobraz, że z prawej las, z lewej pola, a my lecimy asfaltem po wale. Gdyby nie to, że ten asfalt jednak tu jest potrzebny, to bardzo by nie pasował do pejzażu. Jak bardzo blisko natury jest tu człowiek, niech świadczy fakt, że przez pierwszy dzień wystaraszyłem kilkanaście bażantów, widziałem kilka koziołków, a przez chwilę nawet goniłem uciekającego po trasie zająca! Boję się wspominać o rójce pszczół, którą też spotkałem, żeby nie wystraszyć co bardziej bojaźliwych. Co gorsza, nie przeczuwając niczego postanowiłem się w pewnym momencie zatrzymać. Staję, słucham, coś brzęczy. Patrzę, a tu z dziesięć metrów ode mnie lata mnóstwo much. Co tam zdechło? I czemu tyle tych much, i czemu tak głośno brzęczą? Nie była to pierwsza rójka, którą w życiu widziałem, więc szybko zweryfikowałem swoją ocenę sytuacji. Gorzej, że zamiast przejechać obok niej na pełnej prędkości, musiałem przy niej się rozpędzać. Na szczęście wyrojone pszczoły wbrew pozorom nie są agresywne. Skończyło się na lekkim straszku.

1705185217

I tak w ten deseń przez około 30 km. Widoki, widoki i jeszcze raz widoki. Wisła jest raz bliżej, raz dalej, urozmaicając konrakt z przyrodą. Przy każdym zjeździe, czy wyjeździe są znaki pionowe i poziome. Kto lubi tego rodzaju pamiątki, może sobie pstryknąć przy nich fotkę. Tu mała dygresja dla miłośników profesjonalnych selfi: koniecznie zabierzcie ze sobą wysoki statyw. Malutki nie zrobi roboty. Zmarnowałem mnóstwo pięknych widoków, na których tle chciałem sobie zrobić zdjęcie, bo wziąłem tylko taki sprytny patent z kompletnie nieprzydatnym w tych okolicznościach uchwytem śrubowym (znajdziecie go http://www.turtv.pl/?p=66 tutaj).

Pierwszy zjazd z wału to okolice Wietrzychowic, gdzie Dunajec uchodzi do Wisły. Zawsze chciałem zobaczyć to miejsce, ale jest ono ominięte dość szerokim łukiem i odpuściłem sobie ten widok. Może kiedyś, kajakiem? W każdym razie trasa wiedzie tu w pewnym momencie promem i tu mały zonk ze strony Powiatowego Zarządu Dróg w Tarnowie. Ani me, ani be (ja co prawda wiedziałem, ponieważ w Ujściu Jezuickim zostałem poinformowany przez miejscowego miłośnika turystyki) że prom nieczynny, a co gorsza żadnej informacji co dalej. Jak mówię: nic się nie stało, bo wiedziałem zawczasu o promie odległym o 6 km, ale test to test, chciałem zobaczyć jak załatwiona jest sprawa zamknięcia promu. Nijak. Po prostu zamknięty i nawet nie ma „najbliższy czynny taras widokowy w Katowicach” 🙁

1705185123

Zamknięte i qniec

Następna przeprawa przez Dunajec w Otfinowie i dalej praktycznie aż do setnego kilometra na trasie człowiek jest oderwany od cywilizacji. Oczywiście są jakieś znaki, dojazdy, przejazdy, kawałki wsią, ale to ciągle jest świeże polskie powietrze i praktycznie nie wiem co Orzeszkowa i Mickiewicz mieli do tego Niemna, skoro nad Wisłą jest wystarczająco pięknie. OK, nie byłem nad Niemnem, ale na WTR obserwując otoczenie, poezja w głowie tworzy się sama. Dobrze że mój warsztat literacki ogranicza się do prozy, bo zamiast pisać w miarę przydatny test dla turystów, wisiałbym teraz nad jakimiś pierdołami, które w najlepszym razie trafiłyby na dno szuflady, a w najgorszym za 30 lat kazano by dzieciom w szkole zastanawiać się co autor miał na myśli. Brrr, biedne dzieci. Zamiast wisieć nad poezją, zabierzcie rodziców między Szczucin, a Wietrzychowice. Że namawiam do złego? Uwierzcie mi, widoki Wiślanej Trasy Rowerowej to rewelacyjna lekcja geografii, biologii i zastrzyk patriotyzmu. Prędzej czy później trafię tu z rodziną.

Do tej pory było idealnie, w okolicach miejscowości Chobot nagle się urwało. O ile przez pierwsze 100 km zastanawiałem się po jaką cholerę doktoryzowałem się na Google Maps (obowiązkowo ściągnijcie sobie mapę na telefon! – https://www.facebook.com/velomalopolska/app/208195102528120/) skoro pomarańczowe strzałki bezbłędnie wskazują drogę. Dopóki wskazują, to wskazują. Zapewne kiedy prace dobiegną końca, wszystko będzie OK, ale na razie bezwzględnie odradzam wybieranie się na WTR bez mapy! To już lepiej bez zapasu wody! W Chobocie bowiem zaczynają się objazdy. Trasa leci sobie wałem, a my niezbyt ruchliwymi, ale jednak drogami publicznymi. Próba jazdy wałem na upartego kończy się wylądowaniem w wysokiej trawie. Po to wymyślili objazdy, żeby nimi jeździć. W bonusie mamy za to przejazd fragmentem Puszczy Niepołomickiej, który po otwarciu całej WTR już w planie nie jest przewidziany. Ale też brawa dla pomysłodawców objazdu, że zrobili to nie oby jak najkrócej, tylko z głową. I tak dojeżdżamy sobie do Krakowa, gdzie w zasadzie oprócz schodów przy Alei Pokoju (ale w przyszłości ma być tam zrobiona kładka i objazd) pełen luzik. W Krakowie radzę znaleźć sobie nocleg blisko centrum. Może nie być tanio, nade mną czuwał mój Rowerowy Anioł Stróż i po niewielkim podjeździe (wybrukujcie cały Kraków tą kostką kurna!) w okolicach Rynku Podgórskiego byłem pod gościnnym dachem kolegi z liceum. Idealnie.

1705195423

Od rana Kraków, jakiego nie znałem, choć przemieszkałem tu ze dwa lata. W zasadzie powtórka z rozrywki, tyle że jedna niezbyt fajna rzecz: spora część trasy wiedzie nie wałem, a drogą i wał zasłania rzekę. I tak jest prawie aż do Łączan, potem jest jeszcze gorzej, bo trzeba rąbnąć 50-metrowy podjazd pod Kamień (jasne że nie jest to Głodówka, czy Gliczarów, ale jak na płaściuteńką trasę, to lipnie wygląda na profilu wysokości), ale za to dalej w stronę Oświęcimia jest już cudnie. Dodatkowa frajda dla spotterów lotniczych – można tutaj obserwować na niebie dość nisko samoloty. Kiedy ja jechałem, znad Oświęcimia akurat nadlatywały do lądowania. Może niektórzy mają ich dość, ale ja je uwielbiam, choć sam mieszkam na podobnej linii startowo-dolotowej nowotarskiego lotniska sportowego.

Oświęcim – cóż, kto ma czas i ochotę, może zahaczyć o Muzeum Auschwitz, ale ja osobiście odradzam łączenie tego rodzaju „atrakcji”. To są skrajne emocje i łączenie ich w jednym czasie to bardzo zły pomysł. Natomiast za Oświęcimiem uwaga: póki nie ma oznakowania, jedziemy z nosem w GPSie! Ja osobiście trochę kląłem, że nie mogę się porozglądać, bo w sieci wiejskich dróżek (wiodących zresztą wśród malowniczych stawików) gubiłem się co rusz, ale podkreślam – jest to test beta, ze świadomością wizytacji placu budowy a nie gotowego produktu, niemniej pominięcie niektórych istotnych aspektów może spowodować, że zachęcając gorąco do odwiedzenia WTR, wpakuję kogoś w kabałę nie uprzedziwszy o podstawowych problemach. Dość dodać, że mój koniec (a oficjalnie początek Trasy) nie jest w żaden sposób oznakowany. Żeby mieć ilustrację dotarcia do celu, musiałem sobie zrobić zdjęcie na tle znaków drogowych.

1705195760

Reasumując: mega mega, tera, gigaatrakcja. Przydałby się tu jakiś Kuba Wojewódzki z celną puentą, albo przynajmniej dobry perkusista, który podkreśliłby tą recenzję zgrabnym tuszem. Na pewno w stu procentach polecam odwiedzenie całej, od początku do końca, lub jak ja – od końca do początku Wiślanej Trasy Rowerowej. I na pewno nie odmówię sobie tej arcyprzyjemności, aby kiedy już wyschnie szampan z rozbitej na oficjalnym otwarciu butelki, przejechać tędy jeszcze raz, tym razem już dla porządku i dla odmiany – w zaplanowanej przez twórców kolejności.

GALERIE ZDJĘĆ:
ZE SZCZUCINA DO KRAKOWA
Z KRAKOWA DO JAWISZOWIC

3 myśli nt. „Wiślana Trasa Rowerowa – test beta

  1. prayski Autor wpisu

    Bardzo słusznie. Dziękuję za zwrócenie uwagi, błąd poprawiłem, zainteresowanych przepraszam.

  2. Polska Po Godzinach

    Świetna relacja! Myśleliśmy, aby potraktować tę trasę jako dojazdówkę do Zalipia i okolic, ale po Twojej relacji to chyba trzeba ją będzie potraktować jednak bardziej ,,serio”. Dzięki za wskazówki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.